Kilka dni temu przeczytałam informację na wp, z której dowiedziałam się między innymi, że Komisja Praw Kobiet w Parlamencie Europejskim chce zakazania książek przedstawiających model społeczeństwa, który jest sprzeczny w ich mniemaniu z ideą równości płci, tzn. książek, w których mama zajmuje się domem, a tata zarabianiem pieniędzy. Budzi to we mnie pewne obawy, bo czy nie ociera się to o dyskryminację? Myślę, że jest wiele kobiet, które świadomie wybrały zajmowanie się dziećmi i domem i zrezygnowały tym samym z kariery zawodowej. Nie widzę powodu, dla którego miałyby być spychane na margines społeczeństwa, czy przymuszane do podjęcia pracy zarobkowej. Kobieta spełniona to nie tylko ta, która co rano pędzi do pracy, kobieta spełniona może równie dobrze koncentrować się na prowadzeniu domu i odnajdywać swoje powołanie w wychowywaniu dzieci. Grunt to życie w zgodzie ze sobą. Nie ma jednego przepisu na udane i satysfakcjonujące życie.
Ze zgrozą myślę ile pięknych książek pójdzie na śmietnik jeśli faktycznie taki zakaz wejdzie w życie. Mam nadzieję, że "matki polki (i nie tylko) feministki" się temu skutecznie przeciwstawią. Bo czy już nasze dzieci nie będą czytać książek takich jak Nasza mama czarodziejka Joanny Papuzińskiej. Ciekawa jestem ile z tych pań z Komisji Praw Kobiet potrafiłoby jak tytułowa bohaterka pomóc wielkoludowi, czy zreperować księżyc, kiedy obtłucze sobie rożek, ochronić statek przed burzą, oswoić gada przedpotopowego, odnaleźć cień sosny, sprawić, aby zabawkowy samochód zamienił się w prawdziwą furgonetkę, uratować zabytkową dzwonnicę, czy latać na poduszkowcach.
Nasza mama czarodziejka stanowi zbiór odrębnych opowieści. Tytułowa bohaterka, Maria jest całkiem zwyczajną mamą, która zajmuje się prowadzeniem domu i wychowywaniem trzech synów. Cała czwórka (mama i chłopcy) przeżywa niesamowite przygody, o których opowiada średni syn. Wewnątrz tej zwyczajnej mamy kryje się osobą doprawdy wyjątkową, o nieprzeciętnej wyobraźni i odwadze ("Wszyscy, nawet dorośli panowie, bali się tego wielkoluda. Ale nasza mama - nie."), potrafiącą znaleźć twórcze i niecodzienne rozwiązanie trudnych sytuacji, wykorzystując do tego to, co akurat miała pod ręką (ciasto, nici, sałatę, popielniczkę). Bohaterka wykreowana przez Joannę Papuzińską to pochwała tego aspektu kobiecości, jakim jest macierzyństwo! Dla mamy nie ma rzeczy niemożliwych! Obtłukł się księżycowi rożek, nic prostszego! Mama zaraz zagniotła ciasto i ulepiła z niego brakujący fragment, który przylepiła księżycowi skórkami pomarańczy niczym plastrem. Mama czarodziejka rozwiązując problemy zaczarowuje rzeczywistość, ale jej czary nie mają nic wspólnego z magią. Ona wykorzystuje umiejętności, które tradycyjnie przypisane są kobietom w oryginalny, abstrakcyjny sposób (zagniatanie ciasta, robienie na drutach, pranie, szycie).
Nasza mama czarodziejka to piękna lektura nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu mamom, które zginęły pochłonięte przez szarą, przytłaczającą codzienność może dodać skrzydeł i obudzić drzemiącą w nich mamę czarodziejkę. Wiele zależy od tego w jaki sposób postrzegamy nasze życie.
Tekst dopełniają ciepłe ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło, nasycone soczystymi kolorami, w innych miejscach naszkicowane czarną kreską. Bardzo nie lubię w książeczkach dla dzieci ilustracji, bombardujących małego czytelnika krzykliwymi kolorami i obrazkami. A tutaj oprócz uczty dla ucha i fantazji mamy także ucztę dla oka.
Nasza mama czarodziejka
tekst: Joanna Papuzińska
ilustracje: Ewa Poklewska-Koziełło
Wydawnictwo Literatura
Seria: Poduszkowiec
Wydanie V
Łódź, 2011
P.S. I choć pisząc o Yeti Evy Susso i Benjamina Chaud cieszyłam się, że pojawiają się propozycje alternatywne dla tradycyjnego modelu rodziny nie znaczy to, że chciałabym go zupełnie wyeliminować. Nie, nie, nie! Podoba mi się ta różnorodność. Myślę, że nie można powiedzieć, iż któryś z nich jest lepszy. Najlepszy model to taki, który najlepiej sprawdza się w danej rodzinie, kiedy wszyscy jej członkowie czują, że są na swoim miejscu.
sobota, 12 stycznia 2013
piątek, 4 stycznia 2013
"Sto bajek" Jana Brzechwy
Pod choinką Chłopczyk znalazł "granatowo-niebieską" książeczkę - zbiór wierszy Jana Brzechwy. Sto bajek zawiera zarówno te najbardziej popularne utwory jak Kaczka dziwaczka, Na straganie, Na wyspach Bergamutach, Psie smutki, Pomidor, czy Stonoga, jak również te mniej znane. Chłopczykowi najbardziej podobają się Babulej i Babulejka, Cap na grapie, Wąż-kaligraf, Jeż... długo, by wymieniać. Nazywa tą książkę "granatowo-niebieską".
Zbiór ten jest ciekawą propozycją zarówno dla najnajmłodszych, jak i najnajstarszych (o Brzechwie pisałam też tu). Ci najnajmłodsi (nie rozumiejący jeszcze treści) podążać będą za rytmicznością wiesza, melodią głosu, a ci najnajstarsi i starsi mogą przenieść się w czasy własnego dzieciństwa, a także spojrzeć na teksty Brzechwy z innej perspektywy, w wielu z nich odkryjemy opowieść o nas samych, o naszych zachowaniach. Bo czyż np. Żuraw i czapla, albo Ślimak, nie służą "niejako za zwierciadło naturze", czego - od teatru, co prawda - oczekiwał Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie.
Ciekawe było dla mnie odkrycie, że pośród bajek Brzechwy można znaleźć także pouczające, jak Żołądek, czy Natka-szczerbatka i choć osobiście dbanie o zęby jest dla mnie bardzo ważne, to utwór ten jakoś nie przypadł mi do serca.
Przepiękne ilustracje Piotra Rychla są zabawnym komentarzem do bajek, a nie tautologicznym obrazowaniem treści. Ilustracji nie jest przesadnie dużo, młody czytelnik nie jest nimi bombardowany, część wierszyków w ogóle ich nie posiada, przy innych widnieją niewielkie obrazki, jedynie kilka jest bogato ilustrowanych. Według mnie duży plus dla ilustratora za umiar, brak przesytu, a także za wyobraźnię. Każdy tytuł jest napisany inną czcionką, wiele z nich graficznie nawiązuje do tematyki utworu, nieraz drobnym tylko detalem.
Początkowo Chłopczyk kieruje się w wyborze wierszyków właśnie ilustracjami, do utworów nieopatrzonych obrazkami przekonuje się dopiero po zaspokojeniu ciekawości. Bardzo wyraźnie zostały również graficznie oddzielone od siebie poszczególne zbiory wierszy zawarte w tym tomie. Wszystko to czyni książkę przejrzystą i przyjemną w odbiorze.
Sto bajek po raz pierwszy zostało wydanych w 1958 roku. W nocie edytorskiej czytamy, że Wydawnictwo Bajka zachowało oryginalny wybór i kolejność wierszy. Poprawiono jedynie ponawiane w kolejnych wydaniach błędy ortograficzne i uwspółcześniono interpunkcję.Na końcu tomu zamieszczono opracowany przez redakcję Słowniczek, zawierający wyrazy i wyrażenia, które wyszły z użycia.
Sto bajek
tekst: Jan Brzechwa
ilustracje: Piotr Rychel
Wydawnictwo Bajka
Warszawa 2011
Zbiór ten jest ciekawą propozycją zarówno dla najnajmłodszych, jak i najnajstarszych (o Brzechwie pisałam też tu). Ci najnajmłodsi (nie rozumiejący jeszcze treści) podążać będą za rytmicznością wiesza, melodią głosu, a ci najnajstarsi i starsi mogą przenieść się w czasy własnego dzieciństwa, a także spojrzeć na teksty Brzechwy z innej perspektywy, w wielu z nich odkryjemy opowieść o nas samych, o naszych zachowaniach. Bo czyż np. Żuraw i czapla, albo Ślimak, nie służą "niejako za zwierciadło naturze", czego - od teatru, co prawda - oczekiwał Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie.
Ciekawe było dla mnie odkrycie, że pośród bajek Brzechwy można znaleźć także pouczające, jak Żołądek, czy Natka-szczerbatka i choć osobiście dbanie o zęby jest dla mnie bardzo ważne, to utwór ten jakoś nie przypadł mi do serca.
Przepiękne ilustracje Piotra Rychla są zabawnym komentarzem do bajek, a nie tautologicznym obrazowaniem treści. Ilustracji nie jest przesadnie dużo, młody czytelnik nie jest nimi bombardowany, część wierszyków w ogóle ich nie posiada, przy innych widnieją niewielkie obrazki, jedynie kilka jest bogato ilustrowanych. Według mnie duży plus dla ilustratora za umiar, brak przesytu, a także za wyobraźnię. Każdy tytuł jest napisany inną czcionką, wiele z nich graficznie nawiązuje do tematyki utworu, nieraz drobnym tylko detalem.
Początkowo Chłopczyk kieruje się w wyborze wierszyków właśnie ilustracjami, do utworów nieopatrzonych obrazkami przekonuje się dopiero po zaspokojeniu ciekawości. Bardzo wyraźnie zostały również graficznie oddzielone od siebie poszczególne zbiory wierszy zawarte w tym tomie. Wszystko to czyni książkę przejrzystą i przyjemną w odbiorze.
Sto bajek po raz pierwszy zostało wydanych w 1958 roku. W nocie edytorskiej czytamy, że Wydawnictwo Bajka zachowało oryginalny wybór i kolejność wierszy. Poprawiono jedynie ponawiane w kolejnych wydaniach błędy ortograficzne i uwspółcześniono interpunkcję.Na końcu tomu zamieszczono opracowany przez redakcję Słowniczek, zawierający wyrazy i wyrażenia, które wyszły z użycia.
Sto bajek
tekst: Jan Brzechwa
ilustracje: Piotr Rychel
Wydawnictwo Bajka
Warszawa 2011
środa, 2 stycznia 2013
Musztarda po obiedzie, czyli "Boże Narodzenie w Bullerbyn"
Dziś serwujemy musztardę po obiedzie;) Boże Narodzenie w Bullerbyn autorstwa Astrid Lindgren. Miało być jeszcze przed świętami, ale zwyczajnie się nie wyrobiłam.
Bardzo się cieszę, że mogę dzielić się z Chłopczykiem bohaterami, których darzyłam sympatią, gdy byłam dzieckiem.
Boże Narodzenie w Bullerbyn to jeden z rozdziałów całego zbioru opowieści Dzieci z Bullerbyn, pięknie zilustrowany przez Ilon Wikland i wydany w formie oddzielnej książeczki dla młodszych dzieci, dla których ilustracje stanowią ważną część książki.
Znowu zbliżają się święta Bożego Narodzenia i wszystkie dzieci z Bullerbyn uczestniczą w przygotowaniach. Pieką pierniczki, zwożą drewno na opał, ścinają choinki, dekorują drzewka, śpiewają kolędy. Chłopczyka najbardziej urzeka przybycie Świętego Mikołaja w czasie Wigilii, który wiezie saniami wielkie wory. I nie ma się, co bać Mikołaja, bo przecież za chwilę dostanie się prezent. Ten fragment Chłopczyk wygłasza z pamięci. Prawie na każdej stronie domaga się podawania imion poszczególnych postaci.
Zaś moją uwagę przykuwają rzeczy takie jak wystawianie snopków zboża dla ptaków, lakowanie prezentów, ścinanie choinek w lesie i przyozdabianie ich jabłuszkami (prawdziwymi, nie bombkami!) oraz innymi przedmiotami własnego wyrobu, jazda o świcie do kościoła saniami zaprzężonymi w konia. Dziś są to znaki pewnego czasu, który przeminął, no bo któż używa dziś laku do pakowania prezentów... och! Wzięło mnie na sentymenty. Czytając opowieść Astrid Lindgren przenosimy się do świata, gdzie wszystko dzieje się wolniej, gdzie podstawą życia jest wspólnota. Spokój bijący z tej historii wzbudza we mnie tęsknotę za czasem wolnym od pośpiechu, materializmu, wszechogarniającej komercji, które uśmiercają ducha świąt. Choć tak naprawdę od nas zależy, czy na to pozwolimy. Wspólnota i świętowanie! Sąsiedzi, którzy są częścią życia, którzy stają się rodziną. Dziadziuś, choć w rzeczywistości jest dziadziusiem jedynie Britty i Anny, jak sam mówi wystarczy go dla wszystkich dzieci z Bullerbyn. A nasze społeczeństwo zmierza raczej ku anonimowości i izolacji.
Po mszy bożonarodzeniowej jeżdżą na nartach, sankach i łyżwach przez cały dzień.
Jedzą też pomarańcze i marcepanki, no i Chłopczyk też chciał spróbować marcepanka, okazało się, że są całkiem niezłe. Chyba nie wrodził się w mamusię, bo ja do tej pory nie przepadam za tego rodzaju przysmakami.
Fascynuje mnie obserwowanie, jak poszczególne książeczki zostają odkładane na półkę i pokrywają się kurzem, a inne ponownie wyszperane i z tego kurzu otrzepane. U nas tak właśnie jest z Bożym Narodzeniem w Bullerbyn, które przez rok stało nieruszane i już myślałam, że może jest tam za mało akcji, może historia za mało aktualna, ale w końcu jak już zostało z tej półki zdjęte, prawie na nią nie wraca.
Boże Narodzenie w Bullerbyn
tekst: Astrid Lindgren
ilustracje: Ilon Wikland
przełożyła ze szwedzkiego:Anna Węgleńska
Wydawnictwo Zakamarki
Poznań 2010
Bardzo się cieszę, że mogę dzielić się z Chłopczykiem bohaterami, których darzyłam sympatią, gdy byłam dzieckiem.
Boże Narodzenie w Bullerbyn to jeden z rozdziałów całego zbioru opowieści Dzieci z Bullerbyn, pięknie zilustrowany przez Ilon Wikland i wydany w formie oddzielnej książeczki dla młodszych dzieci, dla których ilustracje stanowią ważną część książki.
Znowu zbliżają się święta Bożego Narodzenia i wszystkie dzieci z Bullerbyn uczestniczą w przygotowaniach. Pieką pierniczki, zwożą drewno na opał, ścinają choinki, dekorują drzewka, śpiewają kolędy. Chłopczyka najbardziej urzeka przybycie Świętego Mikołaja w czasie Wigilii, który wiezie saniami wielkie wory. I nie ma się, co bać Mikołaja, bo przecież za chwilę dostanie się prezent. Ten fragment Chłopczyk wygłasza z pamięci. Prawie na każdej stronie domaga się podawania imion poszczególnych postaci.
Zaś moją uwagę przykuwają rzeczy takie jak wystawianie snopków zboża dla ptaków, lakowanie prezentów, ścinanie choinek w lesie i przyozdabianie ich jabłuszkami (prawdziwymi, nie bombkami!) oraz innymi przedmiotami własnego wyrobu, jazda o świcie do kościoła saniami zaprzężonymi w konia. Dziś są to znaki pewnego czasu, który przeminął, no bo któż używa dziś laku do pakowania prezentów... och! Wzięło mnie na sentymenty. Czytając opowieść Astrid Lindgren przenosimy się do świata, gdzie wszystko dzieje się wolniej, gdzie podstawą życia jest wspólnota. Spokój bijący z tej historii wzbudza we mnie tęsknotę za czasem wolnym od pośpiechu, materializmu, wszechogarniającej komercji, które uśmiercają ducha świąt. Choć tak naprawdę od nas zależy, czy na to pozwolimy. Wspólnota i świętowanie! Sąsiedzi, którzy są częścią życia, którzy stają się rodziną. Dziadziuś, choć w rzeczywistości jest dziadziusiem jedynie Britty i Anny, jak sam mówi wystarczy go dla wszystkich dzieci z Bullerbyn. A nasze społeczeństwo zmierza raczej ku anonimowości i izolacji.
Po mszy bożonarodzeniowej jeżdżą na nartach, sankach i łyżwach przez cały dzień.
Jedzą też pomarańcze i marcepanki, no i Chłopczyk też chciał spróbować marcepanka, okazało się, że są całkiem niezłe. Chyba nie wrodził się w mamusię, bo ja do tej pory nie przepadam za tego rodzaju przysmakami.
Fascynuje mnie obserwowanie, jak poszczególne książeczki zostają odkładane na półkę i pokrywają się kurzem, a inne ponownie wyszperane i z tego kurzu otrzepane. U nas tak właśnie jest z Bożym Narodzeniem w Bullerbyn, które przez rok stało nieruszane i już myślałam, że może jest tam za mało akcji, może historia za mało aktualna, ale w końcu jak już zostało z tej półki zdjęte, prawie na nią nie wraca.
Boże Narodzenie w Bullerbyn
tekst: Astrid Lindgren
ilustracje: Ilon Wikland
przełożyła ze szwedzkiego:Anna Węgleńska
Wydawnictwo Zakamarki
Poznań 2010
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Nowy Rok
Dawno mnie nie było. Wsiąkłam, zaczytałam się. Wreszcie od bardzo dawna udało mi się wykraść trochę czasu na lekturę dla własnej przyjemności i wprost nie mogłam się oderwać.
Życzę zatem Wam i sobie w nadchodzącym wielkimi krokami 2013 roku umiejętności dostrzegania tego, co poza chmurami codziennych i niecodziennych problemów i trosk.
Na pierwszy rzut oka gotów człowiek przypuszczać, iż głębia znajduje się tam, gdzie najciemniej,zaraz spostrzega jednak, że wszystko, co ciemne i miękkie, to tylko chmury, wszechświat natomiast z całą swą głębią dopiero na krańcach i fiordach owych gór z obłoków złożonych się rozpoczyna, ginąc w bezmiarze, w którym uroczyście migocą gwiazdy, dla nas, ludzi, symbole jasności i ładu. Nie tam więc głębia świata i jego tajemnic, gdzie chmury i czerń, głębia bowiem tam, gdzie jasność i pogoda.Gra szklanych paciorków Hermann Hesse
Życzę zatem Wam i sobie w nadchodzącym wielkimi krokami 2013 roku umiejętności dostrzegania tego, co poza chmurami codziennych i niecodziennych problemów i trosk.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
"Patrz, Madika, pada śnieg!" i o dojrzałości emocjonalnej
Zupełnie niezamierzenie ułożył mi się tryptyk, którego wątkiem przewodnim jest dziecko/dzieci same zimą w lesie. Madika i Lisabet cieszą się, że spadł pierwszy śnieg, dziewczynki wesoło bawią się na dworze przez cały dzień. Następnego dnia okazuje się, że Madika jest chora i nie może iść z Lisabet i Alvą po prezenty gwiazdkowe. Kiedy Lisabet czeka przed sklepem na Alvę, widzi Gustawa, który stoi z tyłu na płozach sań. Chłopiec, krzyczy do niej, że ona na pewno tak nie umie, bo jest za mała. To wystarcza, aby Lisabet stanęła na pierwszych saniach, które zatrzymały się pod sklepem. Sanie ruszyły... Jadą i jadą... nie chcą się zatrzymać. Powozi nimi Andersson, który nie grzeszy zbytnią empatią i porzuca dziewczynkę samą w lesie. Śnieg cały czas sypie, a do domu daleko... Lisabet nie poddaje się, szuka powrotnej drogi. I kiedy wydaje się, że nie ma znikąd ratunku, pojawiają się ni stąd ni zowąd Hanssonowie, którzy odwożą dziecko do domu. Tam czeka na nią stęskniona siostra. Rodzice bezskutecznie szukają jej po okolicy. Ale będą mięli niespodziankę, kiedy wrócą do domu.
Astrid Lindgren stopniuje napięcie, intensyfikuje w miarę rozwijania się historii, porusza najbardziej czułe struny (myślę, że nie tylko mnie, jako matki). Czytaliśmy tą historię już rok temu, Chłopczyk miał wtedy niewiele ponad 2,5 roku. Omijaliśmy fragment, w którym Andersson zostawia Lisabet samą w lesie, bo Chłopczyk nie chciał tego czytać. Staram się być wrażliwa na niego, nie zmuszam, byśmy czytali od deski do deski. Wiem, że on najlepiej wie, kiedy jest gotowy. Teraz nie chce jej czytać, mówi, że jest straszna. Myślę, że ta książeczka poleży jakiś czas na półce zanim sięgniemy po nią znowu. Sądzę, że dla przedszkolaków jest zbyt trudna emocjonalnie. Każdy rodzic najlepiej zna swoje dziecko i wie na, co jest gotowe. Oto jeden z bardziej rozdzierających serce fragmentów:
"Tak, chyba umrę" - kołacze się jej po głowie. Zaczyna biec. Biegnie i biegnie, najszybciej jak się da. Ale nie da się jednocześnie biec i płakać. W końcu musi się zatrzymać. Stoi w śniegu, płacze i woła: - Mamo! Mamo, chodź! Ale mama nie może przyjść. Właśnie w domu na Czerwcowym Wzgórzu zaczęła piec pierniczki.
Nie ma chyba dla dziecka większego dramatu niż kiedy mama nie słyszy jego wołania o pomoc. Lindgren stosuje tutaj zabieg potęgujący emocje u czytelnika: z jednej strony mamy krzyk przerażonego dziecka, z drugiej mamę, adresatkę, tego krzyku. Jednak komunikat nie może być przez nią usłyszany, bo ona jest w domu i nieświadoma niczego beztrosko piecze pierniczki z starszą córką.
Jak to zwykle w bajkach bywa wszystko kończy się dobrze, na drodze dziewczynki zjawiają się dobrzy ludzie, którzy odwożą ją bezpiecznie do domu. Z jednej strony wysiłki dziecka, jego walka o przetrwanie, z drugiej zawierzenie Bogu (Już ten dzień to chwilka, co się do snu kłoni/O, słodyczy, co po dniu nadejdziesz tym./ Wszystko przecież spocznie w Ojca mego dłoni/Czy ja, Jego dziecko, trwożyć mam się czym? - śpiewają Hanssonowie) doprowadzają do happy endu.
Madika, która początkowo złościła się na siostrę, w perspektywie utraty jej dostrzega pustkę, mimo że wszystkie pierniczki byłyby dla niej.
Przepiękne ilustracje wykonane przez Ilon Wikland współgrają z tekstem.
Jako "matce polce feministce" nie uszło mojej uwadze, że kiedy dziewczynki wesoło bawią się na śniegu, dołącza do nich tata. "A przy oknie w kuchni stoi mama i myśli, że tata oszalał. Mama (...) nie rozumie, co takiego niezwykłego ma w sobie śnieg!". Zwracam na to uwagę, bo pamiętam z własnego dzieciństwa, że w literaturze najczęściej kobiety właśnie nie rozumiały potrzeby zabawy i same się nie bawiły. Pamiętam też w sobie pewien bunt, ja nie chcę być kobietą, bo one są nudne. Na szczęście we współczesnej literaturze dziecięcej te wzorce kulturowe ulegają zmianie.
A to fotki zrobione przez Chłopczyka :) |
Patrz, Madika, pada śnieg!
tekst:Astrid Lindgren
ilustracje: Ilon Wikland
przełożyła ze szwedzkiego: Anna Węgleńska
Wydawnictwo Zakamarki
Poznań 2007
piątek, 14 grudnia 2012
Zimowa wyprawa Ollego i radość życia
Od kilku dni Chłopczyk jest chory. Siedzimy zatem w domu i czytamy, sięgamy po książeczki, które od jakiegoś czasu stały na półce zapomniane. Kiedy przychodzi choroba czas, wchodzi na inne tory, i gdyby nie dzień odmierzany kolejnymi dawkami leków, przestałby zupełnie istnieć. Przestają być ważne sprawy dnia codziennego, prozaiczna gonitwa myśli, a ich miejsce zajmuje chwila obecna.
Jako że zima za oknem na dobre już się zadomowiła, dziś będzie właśnie zimowo: Zimowa wyprawa Ollego Elsy Beskow. To piękna i prosta opowieść na krawędzi, gdzie spotykają się dwa światy, rzeczywisty i baśniowy i wzajemnie się przenikają.
Już od pierwszej chwili zachwycają przepiękne ilustracje wykonane przez autorkę (zazwyczaj umilamy sobie podróż do przedszkola lekturą i któregoś razu pewna pani zapytała zaglądając przez ramię, co to za książka z takimi pięknymi ilustracjami). Gdzieś wyczytałam, że pozowali jej synowie, których miała sześciu, nawet do postaci dziewczęcych.
Beskow zabiera czytelnika na wyprawę po szwedzkich lasach. Olle, który z utęsknieniem wyczekiwał pierwszego śniegu, zapina narty i wybiera się na wyprawę. Spotyka w lesie Wuja Szrona, i Ciotkę Odwilż, zwiedza zamek Króla Zimy, gdzie bawi się z dziećmi-rzemieślnikami wykonującymi prezenty bożonarodzeniowe.
(to ulubiona ilustracja Chłopczyka)
"(...) nigdy nie można być całkiem pewnym. Więc rób użytek ze swoich nart każdego dnia, póki leży śnieg (...)". Taką radę daje Wujek Szron Ollemu. Czy nie przegapiamy momentów, które życie stawia na naszej drodze? Czy nie mówimy sobie, a jutro ulepię z moim dzieckiem bałwana, za tydzień pójdziemy do kina, jeszcze zdążę pobawić się z nią w chowanego... A czy jutro nie okazuje się, że dziecko ma lat dwadzieścia... Cieszmy się i wykorzystujmy każdą chwilę! Jedną z niewielu rzeczy, której można być w życiu pewnym jest ZMIANA.
Beskow objaśnia też młodemu czytelnikowi cykliczność pór roku, pokazuje, że wszystko, co się wydarza, choć początkowo może się wydawać niepotrzebne i niemiłe, dzieje się po coś. Król Zimy odjeżdża na Biegun Północny i zaczyna się panowanie Ciotki Odwilży, jest mokro i szaro, a ludzie chodzą zakatarzeni. Jednak pewnego dnia zjawia się Księżniczka Wiosna. Warto jest zrobić w swoim sercu przestrzeń, na to co ma nadejść i warto dziękować za to, co jest teraz.
Tkając swoją opowieść Beskow wplata delikatne nici tworząc ciekawe wzory objaśniające świat, bliskość świata przyrody, żywioł zabawy, praca, cykliczność życia, ciekawość świata, radość życia.
To druga pozycja autorstwa Elsy Beskow, która ukazała się nakładem wydawnictwa Zakamarki i przyznam się, że z niecierpliwością czekam na więcej. No co tu dużo gadać! Zakochałam się w prostej historii i przepięknych ilustracjach.
Zimowa wyprawa Ollego
tekst i ilustracje: Elsa Beskow
przełożyła ze szwedzkiego: Katarzyna Skalska
Wydawnictwo Zakamarki
Poznań 2011
Jako że zima za oknem na dobre już się zadomowiła, dziś będzie właśnie zimowo: Zimowa wyprawa Ollego Elsy Beskow. To piękna i prosta opowieść na krawędzi, gdzie spotykają się dwa światy, rzeczywisty i baśniowy i wzajemnie się przenikają.
Już od pierwszej chwili zachwycają przepiękne ilustracje wykonane przez autorkę (zazwyczaj umilamy sobie podróż do przedszkola lekturą i któregoś razu pewna pani zapytała zaglądając przez ramię, co to za książka z takimi pięknymi ilustracjami). Gdzieś wyczytałam, że pozowali jej synowie, których miała sześciu, nawet do postaci dziewczęcych.
Beskow zabiera czytelnika na wyprawę po szwedzkich lasach. Olle, który z utęsknieniem wyczekiwał pierwszego śniegu, zapina narty i wybiera się na wyprawę. Spotyka w lesie Wuja Szrona, i Ciotkę Odwilż, zwiedza zamek Króla Zimy, gdzie bawi się z dziećmi-rzemieślnikami wykonującymi prezenty bożonarodzeniowe.
(to ulubiona ilustracja Chłopczyka)
"(...) nigdy nie można być całkiem pewnym. Więc rób użytek ze swoich nart każdego dnia, póki leży śnieg (...)". Taką radę daje Wujek Szron Ollemu. Czy nie przegapiamy momentów, które życie stawia na naszej drodze? Czy nie mówimy sobie, a jutro ulepię z moim dzieckiem bałwana, za tydzień pójdziemy do kina, jeszcze zdążę pobawić się z nią w chowanego... A czy jutro nie okazuje się, że dziecko ma lat dwadzieścia... Cieszmy się i wykorzystujmy każdą chwilę! Jedną z niewielu rzeczy, której można być w życiu pewnym jest ZMIANA.
Beskow objaśnia też młodemu czytelnikowi cykliczność pór roku, pokazuje, że wszystko, co się wydarza, choć początkowo może się wydawać niepotrzebne i niemiłe, dzieje się po coś. Król Zimy odjeżdża na Biegun Północny i zaczyna się panowanie Ciotki Odwilży, jest mokro i szaro, a ludzie chodzą zakatarzeni. Jednak pewnego dnia zjawia się Księżniczka Wiosna. Warto jest zrobić w swoim sercu przestrzeń, na to co ma nadejść i warto dziękować za to, co jest teraz.
Tkając swoją opowieść Beskow wplata delikatne nici tworząc ciekawe wzory objaśniające świat, bliskość świata przyrody, żywioł zabawy, praca, cykliczność życia, ciekawość świata, radość życia.
To druga pozycja autorstwa Elsy Beskow, która ukazała się nakładem wydawnictwa Zakamarki i przyznam się, że z niecierpliwością czekam na więcej. No co tu dużo gadać! Zakochałam się w prostej historii i przepięknych ilustracjach.
Zimowa wyprawa Ollego
tekst i ilustracje: Elsa Beskow
przełożyła ze szwedzkiego: Katarzyna Skalska
Wydawnictwo Zakamarki
Poznań 2011
czwartek, 6 grudnia 2012
Podziel się uśmiechem:)
U Manufaktury Radości znalazłam informację o akcji dzielenia się radością i ciepłym słowem. Są osoby, które tego bardzo potrzebują. Szczegóły znajdziecie tu.
Chwytajmy zatem za pióra, ołówki, farby, kredki, czy co tam komu fantazja podpowiada.
Chwytajmy zatem za pióra, ołówki, farby, kredki, czy co tam komu fantazja podpowiada.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
